Daniela wspomina pracę w korporacji. Przed Pełnią Księżyca.

 Daniela - ranny ptaszek. Mamy piękne lato dwutysięcznego roku. Nasza główna bohaterka porzuciła pracę w korporacji w Wielkim Mieście - i do swojego niebieskiego seicenta zapakowała wszystko co niezbędne, do przetrwania dwóch letnich miesięcy w gnieździe rodzinnym. A więc - tomiki wierszy miejscowych poetów, Kocura czarnego jak smoła, pamiętniki, kalendarze i notesy. Ceglastą komórkę, komputer (nieco archaiczny), oraz zapas kaw bezkofeinowych , lekarstwa, mnóstwo ziół , podręczników do nauki języków obcych (uczyła się zawzięcie angielskiego i hebrajskiego, rosyjski miała opanowany, łacinę i podstawy greki też, niemiecki jej nie interesował). Zapakowała też podręczniki licealne i te ze szkoły podstawowej, notesy z adresami telefonów, podręczne notatki, lornetkę marki Celestron i małą lunetę. Pracę porzuciła w końcu czerwca. Dwa letnie miesiące miały dać jej szansę na wytchnienie i pozbieranie się. "Wziąć się w garść i coś zrobić z własnym życiem". W Werowie czekała na nią Pani Porządnicka, znajda Kajtek - kundelek. I mnóstwo znajomych i nieznajomych. Daniela w korporacji pracowała pięć lat. Była w niej jak ogień. Szefowie  - tym często podpadała. Smukła szatynka o piwnych oczach, chudnąca z nerwów i jedząca jak ptaszek. Porzuciła "terapię bez kozetki" - 100 sesji . U tajemniczego Aarona. Podjęła decyzję o wyjeździe po jednej przespanej nocy. Uwielbiała spać, ale zawsze były to sny niespokojne. Zamierzała uprawiać ogródek, zająć się remontem Dworku Na Wzgórzu. Zbliżała się pierwsza letnia Pełnia Księżyca. Daniela szybko wywnioskowała, że była wszędzie - gdzie się dało - "kozłem ofiarnym". W pracy się spalała, ale nic w zamian nie otrzymywała. Szefowie zaś szybko się zmieniali - i  - każdemu w czymś podpadała. Smukła i delikatna - wykorzystywano jej naiwność. Ale z naiwnością swoją uczyła się walczyć. Pamiętała słowa Aarona, terapeuty: "Pani Danielo, każdy ma prawo popełniać błędy. Dlaczego Pani daje się wykorzystywać, - i nie szuka nowej pracy?" . Danielę zamurowało. Tak, była kozłem ofiarnym. Po zawieszeniu terapii postanowiła zatelefonować do wszystkich znajomych i po całej rodzinie. Dwa miesiące na urlopie bezpłatnym. Opłaci się. Będzie miała pracę ręczną w ogródku w rodzinnej miejscowości, czas do namysłu u refleksji. Praca w korporacji, gdzie świetnie posługiwała się językiem rosyjskim na co dzień  - wypaliła ją doszczętnie. Musiała jednak uważać na wszystkich. Gdy była w terapii, była nieco odważniejsza. I była czasem mieszanką wybuchową. Marzyła o spokojniejszej pracy - gdzieś w wiejskiej szkole, w wiejskiej bibliotece. Codziennie  szlifowała język rosyjski - wszak uczyła się go cztery lata w szkole podstawowej, cztery lata w liceum. I zdawała z niego egzamin dojrzałości. Pod koniec czerwca 2000 roku złożyła wypowiedzenie. Dość ! Mam dość ! I podjęła życiową decyzję - opuszcza Wielkie Miasto, udaje się do Werowa, by nabrać sił do życia. Wypaliła się, jak spadająca gwiazda, którą zaobserwowała z czwartego piętra balkonu swego wielkomiejskiego mieszkania. 


c.d.n.

Selenonauci. Reminiscencja.

 Werów, 2000 rok.

Wioska tonie w letniej mgle. Księżyc zmierzający do Pełni powoli wschodzi nad łąkami. Jedna z mieszkańców dość dużej wioski wyciąga lornetkę i teleskop. Nadchodzi upragniona noc. Przez przyrządy widzi smugę trajektorii samolotu przecinającego Satelitę. W tle teledysk Tasmin Acrher - "Sleeping Satellite". Parno. Duszno. Nadchodzą burze. Miejscowość powoli po całodziennej pracy przykłada się do snu. Daniela może odpocząć. Selenonauci. Niebiańscy Podróżnicy. Czeka na deszcz spadających gwiazd. Te są prawie codziennie. Jednak Księżyc rosnący, Księżyc, który spędza wielu osobom sen z powiek - będzie panować na nieboskłonie całą , całą noc. Daniela nie zaśnie, lecz będzie prowadzić obserwacje astronomiczne - podobnie jak jej odległa przodkini - Adelajda Pent . Istoty Nocy "Śnią Ludzie i Anioły - nie wszystko przeciw nam się układa - bo gdzie u kresu Nocy nasza wiara? - Nasz wróg nie śmieję się". Tak, nie zaśnie tej nocy. W głębi duszy wyglądając z tarasu dworku widziała dwoje małych dzieci - patrzących na Księżyc wschodzący i głośno śmiejących się. Czyżby przyszli astronauci? Zastanowiła się głęboko. I nadal swymi oczami - ta szatynka, która uciekła z Wielkiego Miasta - wypatrywała "Nocy Przeznaczenia".

Noc Demoniczna.

 Jest początek lipca dwutysięcznego roku. Daniela wzięła bezpłatny urlop, by dojść do siebie po przebojach, jakie zgotował jej szef w korporacji i  - inni koledzy i koleżanki. Parne, deszczowe i mgliste lato, gdzie owady od gruntownie czyszczonego Dworku Na Wzgórzu dosłownie uciekały. Pojawiały się tylko muszki owocówki - zwiastowały one zazwyczaj dobre wiadomości dla Danieli. Daniela zawzięcie pisała swój pamiętnik - nieustannie od czasu, gdy znalazła się w terapii u Aarona. Wszystko z iście niemiecką precyzją. Niebieskie seicento odpoczywało, zaś Daniela - wprawny kierowca - postanawiała robić wszystko sama. W środy głównie smażyła naleśniki z serem. Dalej była pod ogromnym wrażeniem niespotykanego posłańca sprzed roku. Nie spodziewała się, że...był to Anioł. Położył książki w progu wielkomiejskiego mieszkania i mrugnął do niej : "Tak Daniela, dasz radę". A było to po możliwym zwolnieniu z pracy, bezrobociu, - oraz zerwanej psychoterapii u tajemniczego Aarona. Sto sesji "psychoanalizy bez kozetki" - kto by to wytrzymał? Jednak teraz, gdy została sama, z Kocurem i Kajtkiem, z Zielarką u boku, i piękną, wręcz nieskażoną niczym dziką przyrodą - Daniela odżywała, chociaż cały czas chudła. Takie było bowiem jej życie - przeżywała krótkotrwałe paranoje, a swój stan emocjonalny bardzo często w pamiętniku określała jako sinusoidę. Umysłem ścisłym nie była, jednak - jej nauczyciele matematyki twierdzili - na korepetycjach, że ma potencjał do studiowania prawa. Prawo jej jednak nie interesowało. Rano biegała, potem sprzątała. Nie bała się już - jak w dzieciństwie - burz, teraz czerpała z nich siłę, niczym wampir energetyczny. Zbliżała się Pełnia. W Kraju Lessów, gdzie powietrze polarnomorskie ścierało się z powietrzem zwrotnikowym - zdarzały się wiosny niezwykle upalne, jak ta, w dwutysięcznym roku. Ceglasta komórka milczała. Dzień był całkiem parny. Daniela tego dnia wstała wcześnie, by poobserwować nocne, ciemne jeszcze niebo. Zbliżał się wschód Słońca. Bardzo energetyczny dla niej. Włączyła lokalne radio i nadsłuchiwała prognozy pogody. Przepowiadacze wieszczyli pod wieczór w Kraju Lessów silne burze. Był mglisty poranek w dolinie Nowej Rzeki. Daniela pospiesznie zamknęła drzwi i okiennice. I cały czas ....myślała o Aniele. O drobnym mężczyźnie jej wzrostu, który bez windy wszedł na szóste piętro. Nadała mu imię ... Marek. Latem jednak książek nie zamawiała, miała multum innych, po przodkach i z niezbyt odległej biblioteki. Ale nadchodziły burze. Trakt wiodący na Cmentarz Cholerny - zaczynał się tuż za dworkiem. Była to już droga polna. Wzmagał się wicher. Unosił tumany kurzu. Miejscowe legendy mawiały czasem o "Południcach". Często w dzieciństwie straszono okoliczne dzieci tymi właśnie "demonicznymi stworzeniami". Zboże powoli dojrzewało. Dzień upłynął szybko. Około dwudziestej, pod zachód Słońca, od wschodu zaczęły się wypiętrzać cumulonimbusy. Słychać było lekkie pogrzmiewania. Daniela kochała takie noce, nazywała je "demonicznymi". Około dwudziestej drugiej epicentrum burzy nadciągnęło nad Werów. Zaczęło lać, zaś przy kominku Daniela wspominała swoje pierwsze, nastoletnie próby literackie. "Noc Demoniczna" . Zdarza się raz na jakiś czas, gdy Niebo z Ziemią toczą z sobą nieustanną walkę. Gdzie bogowie i boginki, tańczą w deszczu i burzy. Być może to ślady pierwotnych wierzeń miejscowych? Daniela przyznawała w dzienniku, że "czyta z krajobrazu". Rok dwutysięczny bowiem to tryumf ponowoczesności. Grzmiało i padałom całe osiem godzin. Całą noc. Kajtek Znajda i Kocur leżeli w salonie. A obraz Adelajdy Pent - nieco barokowy, jak ten dzień miniony i kończąca się noc - przypominał obraz barokowy. Gdzie postacie tańczą, ale tuż za widnokręgiem czekać może niebezpieczeństwo.

Zielarka - przyjaciółka Danieli.

 Zielarka była wioskową dziwaczką. Urodziła się pewnej mroźnej, grudniowej nocy 1920 roku. Rodzicom wiodło się dość dobrze - byli bowiem zaradnymi rolnikami. Zielarka nosiła na imię Helena - takie bowiem nadano jej na chrzcie. Od najmłodszych lat pasjonowała się roślinami - zbierała je, suszyła i wieszała nad piecem w domku w Dolinie Nowej rzeki. Z familią Werowskich łączyła ją od najmłodszych lat silna nić sympatii. Kiedy dorosła, zaczęła marzyć o studiach biologicznych bądź farmaceutycznych. Jednak nadszedł pierwszy września 1939 roku, Kraj Lessów znów stanął w płomieniach. Miała swoją wioskową miłość - był to chłopiec pochodzenia żydowskiego - Aaron. Często spotykali się ukradkiem , przed oczami wścibskich na werowskich łąkach. Jednak w 1941 roku mieszkańcy Werowa wydali go Niemcom - od tej pory Helena przestała się do wszystkich odzywać. Mieszkańcy bowiem zauważyli, że Aaron wraz z rodziną w piątki o zachodzie Słońca zapalał świece szabasowe. A plany studiów Heleny wtedy spłonęły na panewce. Oddała się ciężkiej pracy na roli i studiowaniu zielników. Dostała więc od tubylców "łatkę" - "Zielarka". Poprzysięgła nigdy nie wychodzić za mąż. W 2000 roku, gdy Daniela Werowska zjechała do gniazda rodowego - Zielarka Helena liczyła już sobie 80 lat. Z nikim praktycznie nie utrzymywała kontaktów - jedynie zwracała uwagę na Danielę. Szczupłą, kruchą szatynkę o piwnych oczach. Daniela pamiętała swą sąsiadkę jeszcze z czasów dzieciństwa - kiedy to ratowała co niektórych sąsiadów ziołami, gdy tradycyjna medycyna zawodziła. Czas Zielarki Heleny na tym świecie dobiegał powoli końca - zdawała sobie z tego sprawę. Zaintrygowała ją Daniela. Samotna, w wielkim domu, z niebieskim seicentem i olbrzymim Kocurem i małym kundelkiem. Drogi obydwóch pań wkrótce się skrzyżują. Daniela będzie zapraszać na kawę i herbatę swą tajemniczą sąsiadkę o zachodzie Słońca coraz częściej.

Lipcowa Pełnia Księżyca Dwutysięcznego Roku.

 Daniela przebudziła się przed drugą w nocy. Kocura i Kajtka - Znajdę nie było na tarasie. Był piątek, a w sobotę rano miała przypadać Pełnia Księżyca. Powoli kończyły się "wakacje". Do końca sierpnia Daniela miała zdecydować - czy wraca do  Miasta wapieni, czy też zostać w rodzinnym Dworku. Poprzedni dzień był pracowity. Daniela dużo spacerowała i robiła większe zakupy. Po powrocie wyszorowała taras. Pani Porządnicka miała wolne Na skraju Werowa, na drodze prowadzącej do większych miejscowości, mknęły radiowozy, karetki i wozy strażackie. Otworzyła okno i wpuściła świeże powietrze. Tutaj smogu nie było. Ulubieńcy z pewnością biegali po wiosce. Seicento odpoczywało. W czwartek poprzedniego dnia Daniela też wysprzątała gruntownie strych - pająków jednak nie było, uciekły, wszak w domach ludzi wiary - jak głosiło lokalne przysłowie - wszystko robiło się samo. Pełnia w Dworku na Wzgórzu była zawsze wielkim świętem. Daniela wspominała wtedy swoją daleką przodkinię - Adelajdę Pent, która żyła u schyłku Reformacji i korespondowała z samym Galileuszem. Domek z kolei - graciarnia rodowa - położona w dolinie Nowej Rzeki - czekał na odkrycie przez Danielę. Kaw zwykłych nie pijała, zwykle lury i kawy bezkofeinowe, o które w dwutysięcznym roku było trudno, ale przesyłki zza Wielkiej Wody wciąż nadchodziły - i było w nich to, o czym dusza zapragnie. W czasie Pełni śnili jej się też zmarli Przodkowie - bardzo często. Ceglasta komórka milczała. Muszki owocówki w oknie zwiastowały głównie dobre wiadomości. Posiadała jedną lornetkę i jeden teleskop. Tak więc pełnie były czasem gruntownych porządków i refleksji. Ezoterykę odrzucała, ale widziała i czuła więcej. "Nie tylko mędrca szkiełko i oko". Pisywała jeszcze czasem o Joachimie Ferrym - miejscowym alchemiku, który żył w Werowie w głębokim średniowieczu. Ale na razie odpoczywała, sprzątała i kupowała. Miała też na miejscu pewną przyjaciółkę - była to wioskowa "dziwaczka" - zwana Zielarką. Zielarka do nikogo się prawie nie odzywała, ale Danielę - która mieszkała dwa domy od niej - stopniowo zaczęła lubić.

Daniela i jej przyjaciółka od serca - Elle Nofaque. Pierwszy lipca dwutysięcznego roku.

 Mamy parne i deszczowe lato dwutysięcznego roku. Daniela porzuciła pracę w korporacji. I powróciła do dworku na wzgórzu. Był świeżo odremontowany, ale i tak w piątki, by zdążyć przed godziną piętnastą, Daniela szorowała go od piwnicy i strych. Elle Nofaque była przyjaciółką "od serca" Danieli od czasów licealnych. Wprawdzie na studiach w Mieście Wapieni ich drogi rozeszły się, ale spotykały się raz na jakiś czas. I często do siebie dzwoniły. Daniela wybrała historię i filologię, zaś Elle - wychowanie fizyczne i biologię. Daniela była rannym ptaszkiem. Bez względu na ilość lurowatych kaw, przesypiała zwykle osiem lub dziesięć godzin. Kocur wylegiwał się na tarasie, zaś znajda Kajtek - pies mieszaniec - wesoło biegał po Werowie. Daniela używała ceglastej komórki. Elle także podobną posiadała. Przyjaciółka po studiach pracowała w agencji reklamowej.

- Witaj Elle, tu Daniela Werowska. Dawno nie rozmawiałyśmy skarbie.

- Cześć Daniela. Chyba minął rok od naszego spotkania. Co porabiasz dobra duszo?

- Wzięłam dwa miesiące bezpłatnego urlopu i wypoczywam na maksa w Werowie.

- To dobrze, czy mogę do Ciebie wpaść ? Masz to swoje nowe seicento?

- Możesz Elle wpaść. Seicento stoi pod dworkiem i odpoczywa. Ja stosuję metodę "trójka i krajem szosy".

- Daniela , ha ha ! Ja swoim maluszkiem nie jeżdżę po Mieście Wapieni. Poruszam się publicznym transportem.

- Słuchaj, ja też mieszkając tam seicentem nie jeździłam. Bałam się.

-Jakie masz plany na piątkowy wieczór? Bo ja mam ambitne - odwiedzić Ciebie.

- Danieli rozszerzyły się źrenice.

- To wpadaj na piątkowe sherry Elle. Zjemy porządną kolację, poplotkujemy, powspominamy.

Już niedługo Pełnia Księżyca. Nad werowskimi łąkami przepięknie ją widać.

- Daniela, ale Ty wiesz, że ja preferuję raczej wódkę.

- Ty wódka , ja mocne wina. Niech będzie. Ja kupię sherry, Ty - wódkę.

- Dobra, niech Ci będzie. Nie nudzi Ci się na prowincji? Zagadnęła Elle.

- Nie nudzi mi się. Upały od czasu do czasu się pojawiają, ale ja kocham mgły i deszcz. Wiesz dobrze, że żyjemy w kraju o klimacie umiarkowanym i o nieumiarkowanych wahaniach. 

- To jesteśmy umówione. Piątek godzina dwudziesta. Spędzę u Ciebie dwa dni, do Niedzieli.

- Dobrze Elle. Wpadaj. 

 

I tak oto dwie bratnie dusze - których przyjaźń nigdy nie była wystawiona na próbę  - spotykały się raz na jakiś czas. Parny i mglisty lipiec dwutysięcznego roku. Daniela już w sercu kogoś ma, odkrywa zupełnie nowe widnokręgi, otacza się pomocnymi Ludźmi, a po nocach studiuje języki obce. I nadejdzie siedemnasty sierpień, który wywróci życie Danieli do góry nogami. Odkryje na nowo wszystko - samą siebie, swą ścieżkę duchową, i zacznie żyć wiarą.

 

c.d.n.


Nów Księżyca. Luty 2000 - go roku. Praca w korporacji. Wiersz Danieli "Kres Nocy".

 Mamy luty dwutysięcznego roku. Daniela mieszka w Mieście Wapieni. Pracuje nadal w korporacji. Pragnęłaby wrócić do studiów historycznych i filologicznych, jednak musi sobie dawać radę sama. W piątki gruntownie sprząta swe wielkomiejskie M 3. Tuż po Nowiu. Krewni - Mama Iga, Ojciec- pilot samolotów  - Stanley - brat psycholog - pozostali za Wielką Wodą. Nasza bohaterka często wraca do Dworku Na Wzgórzu, pięćdziesiąt kilometrów od wielkiego miasta. Rządzi tam - Pani Porządnicka. Ceglasta komórka milczy. Komputer wyłączony. Nowie były dla naszej bohaterki wielkim świętem - brała wtedy zazwyczaj kąpiele w olejkach, medytowała i szukała eklipsy, jeśli niebo było czyste. Tęskniła za rodziną i za Werowem. Przyjaciół jednak miała w pracy. Niegdyś marzyła o pracy jako archeolog śródziemnomorski - bowiem w Kraju Wapieni i w Kraju Lessów było mnóstwo antycznych artefaktów. Wciąż myślała o spotkaniu sprzed roku, gdy do jej drzwi zapukał tajemniczy posłaniec - z długą brodą, krótko obcięty brunet. Przewijał się w snach i marzeniach bohaterki. Daniela była wrażliwą , kruchą i delikatną szatynką o piwnych oczach. Była typem myślicielki. Wciąż pisała do szuflady. W czasie Nowiu czytywała najczęściej ( w pracy też ) prozę poetycką. Unikała wulgaryzmów i plotek. Wiedziała dokładnie, że każdy dźwiga swój własny krzyż. Ale zbliżało się lato dwutysięcznego roku, które da olbrzymią przewagę Danieli. Wszystko to....ponowoczesność. Daniela w pracy była jak ogień. Telefonowała gdzie się dało, była lubiana przez kolegów i koleżanki, jednak szefom stale z czymś podpadała. Była krucha i delikatna - jak wspomnieliśmy. Stres ciągle odbijał się na jej wadze. Chudła dosłownie z powietrza. Przypomniała sobie swój wiersz :

"Nie wszystko dla nas stracone

szukamy szczęścia w łyku kawy

rośliny nad ranem są oszronione

wiele na tym świecie ludzi trzyma.

U kresu nocy już wszystko inne

Bałwany obłoków śmieją się.

Wskazuję palcem Wielką Niedźwiedzicę - 

 - a gdzie tam, ona też śmieje się.

Śnią wszyscy - ludzie, anioły, zwierząt stada

Śnią dobrzy i źli.

Nie wszystko przeciwko nam się układa.

Bo gdzie u kresu nocy nasza wiara?

Nasz wróg jednak teraz nie śmieje się.

Bo u kresu nocy tutaj - 

- gdzie wszystko popiołem i ogniem wytracone.

Szczęśliwie płonie Gwiazda Poranna.

Jak wspomniałam - nie wszystko dla nas stracone".


C.D.N.

Noc Płonącego Kandelabru. Z annałów twórczości Danieli.

 W odmętach czasoprzestrzeni. Dworek Na Wzgórzu, rok nieokreślony. 

Danieli sny były raczej niespokojne. Odkąd porzuciła pracę w korporacji, latem dwutysięcznego roku - śniła jej się ta praca oraz koledzy i koleżanki z niej. Ceglasta komórka do rozmów z rodziną zza Wielkiej Wody milczała. Znajda Kajtek oraz olbrzymi Kocur spali na polu. Jak wspomniałem - sny niespokojne. Często wybudzała się nad ranem, by pooglądać Księżyc zmierzający do Pełni. Na początku lat 90 -tych - Daniela posiadała w czasach licealnych bardzo dobrą maszynę do pisania. Kochała ponowoczesność. Pewnej grudniowej nocy 1995 - go roku postanowiła napisać opowiadanie pod tytułem "Noc Płonącego Kandelabru". Znajoma twierdziła, że Daniela ma "połączenie" z czasami, o których czyta i opowiada. Płonący kandelabr liczył jedynie jedną stronę maszynopisu A - 4. Napisała jednym tchem: 

"Werów, początek dwudziestego wieku, czasy niewoli. Bal miejscowych miał się ku końcowi. Pani Domu powoli zagaszała świece, jednak duży kandelabr w salonie dworku wciąż płonął. Goście powoli opuszczali dworzyszcze. Wszystko pozostało nietknięte. Obrazy przodków Werowskich  łypały wciąż na mieszkańców i gości. Nobliwe damy nie pijały, nobliwy pan domu, - również. Kandelabr płonął i oświetlał dość mocno pomieszczenie. Księżyc zmierzający do pełni świecił nad wioską. Zaproszonych było niewielu. Odegrano jedną sztukę teatralną. Goście poszli - czas sprzątania. Mówiło się, że strych był nawiedzony. Według legend miejscowych, czas pomiędzy godziną pierwszą a trzecią w nocy był newralgiczny. To wtedy otwierały się wrota - jak w dawnych , starożytnych czasach, gdy cienie i półcienie snuły się po okolicy. A Miesiąc  - oświetlający i dworzyszcze , i kamienne oraz polne dróżki - wskazywał Nocnym Wędrowcom drogę do domu. Pełno było właśnie rozmaitych włóczęg. Tak ludzkich, jak i zwierzęcych. Ale nastawał powoli dwudziesty wiek, z jego wszelakimi cudownościami. Adelajda Pent - fundatorka dworu - zawzięta astronom i odstępczyni od lokalnych tradycji - jej cień wciąż powiewał nad Dworem. Kandelabr płonął i płonął. Podobnie jak płonął Księżyc , zapowiadając burzliwy wiek dwudziesty".

Daniela Werowska po Pełni Księżyca.

 Noce i Dnie Danieli Werowskiej zlewały się czasem w jedno. Celebrowała je, jak tylko umiała. W czasie pełni zwykle sprzątała. A potem oddawała się lekturze Noblistów. Ta pełnia była jednak inna. Daniela wstała przed świtem, gdyż była rannym ptaszkiem. Zostawiała niebiesko seicento pod Dworkiem i wyruszała na obchód wioski. Werów niestety w czasie jej pracy w korporacji - bardzo się zmienił. Powstawały nowe domy, pojawiały się nowe samochody. Udała się tradycyjnie do lokalnego sklepu, by kupić mleka, chleb, odżywki  do włosów. Miała też - doskonały teleskop oraz lornetkę. Jej odległa praprzodkini - Adelajda Pent - która była Arianką - też prowadziła obserwacje, tyle, że nieuzbrojonym okiem. A mamy deszczowe lato dwutysięcznego roku. Ceglasta komórka milczała. Komputer był wyłączony. Brała Daniela zwykle w czasie pełni kąpiele w olejkach eterycznych i soli. Olbrzymi Kocur wylegiwał się na tarasie, zaś znajda Kajtek biegał po okolicy. Kontaktów telefonicznych było jednak wiele. Jednak w czasie pełni, każdy sprzęt elektroniczny w dworku był wyłączony. Pełnia była wielkim świętem.

Soboty Danieli Werowskiej.

 Daniela po Werowie i Kraju Lessów poruszała się nowym seicentem. Ta sobota, lipcowa, deszczowego i parnego dwutysięcznego roku była zarezerwowana na odwiedziny na grobach. Przed pójściem na Nekropolę - oddaloną od Werowa o kilometr zrobiła zakupy. Duży chleb krojony, dużo mleka, i mnóstwo kawy, rozpuszczalnej i tej ulubionej z magnezem. Ceglasta komórka milczała. Daniela miała mocnego Anioła Stróża. Po przyjściu do dworku na wzgórzu - zjadła śniadanie z nieco zsiadłego mleka , po czym zamknęła dom i udała się spacerem na Cmentarz. Nie było jej dwie godziny. Zapaliła znicze na wszystkich grobach Przodków i Znajomych, na których pogrzebach nie mogła być. Lampa mocno tym razem świeciła. Po porządkach na grobie wróciła szybkim spacerem do domu - i zjadła co nieco smażonego kurczaka. Mimo, że dążyła do wegetarianizmu. Znajda Kajtek latał wesoło po Werowie, zaś Kocur wylegiwał się na tarasie. Po takich ćwiczeniach fizycznych czuła się bardzo dobrze. Soboty były dniem lektur Noblistów - zaś piątki we dworku na porządki.

Noce i Dnie Danieli.

 Daniela w każdą sobotę przeważnie wypoczywała. Jednak ta była inna. Wyszła przed dworek na większe zakupy, zostawiając prozę poetycką ukochanego pisarza na półce. Niebieskie seicento odpoczywało. Daniela wyszła z domu o świcie, wróciła już po wschodzie, jakże energetycznym Słońca. Kupiła duży chleb krojony, ciasto drożdżowe - w dużej ilości - bo tylko takie mogła jeść, kilka litrów mleka oraz multum herbat ziołowych,. I ukochane espresso. Takie pijała w szczególnych okazjach. Rodzina za Wielką Wodą, sąsiedzi  - znajomi i nieznajomi. Znajda kundelek Kajtek biegał sobie wesoło po Werowie dnie i noce. Daniela o niego się nie martwiła. Kocur dostał mleko i karmę. A psów bezpańskich i kotów bezpańskich w wiosce nie brakowało. Komputer odpoczywał, ceglasta komórka także. A mamy rok dwutysięczny i potwornie parne, deszczowe lato. Daniela nie bałaby się teraz, jak wcześniej. Porzuciła psychoanalizę. Postanowiła żyć z pisania. Skrajem dużego - werowskiego sklepu - przemykały jak zawsze karetki pogotowia, radiowozy małe i duże - oraz wozy strażackie. Daniela śladem swoich Przodków - prowadziła badania genealogiczne. Pracę w korporacji porzuciła. Tego dnia zaś  - postanowiła do nikogo już nie dzwonić. Noce i nie ! Jakże bywały do siebie podobne a zarazem różne. Niegdyś namawiano ją na studia prawnicze - jednak z pewnością siebie Daniela odpowiedziała, że nie widzi siebie ani za biurkiem, ani w todze. Od czasu do czasu popełniała wiersze. I nosiła medalik, który ją miał chronić ode złego. Wielkie Oczekiwanie wciąż trwało.

Daniela w czasie Nowiu Księżyca.

 Dla Danieli Nowie Księżyca były wielkim świętem. Wtedy to wstawała nad ranem, by pójść na zakupu, do wioskowego sklepu, na drugi koniec. Nie było jej już tutaj dość długo. Kupiła mleko, mały chleb krojony, wodę mineralną, gdyż ta -  z wodociągów werowskich była niezbyt czysta. Niestety, ten Nów Miesiączka był niewidoczny. Gdy wypadał w piątek - sprzątała w sobotę. Istoty z łąki daleko omijały dworek na wzgórzu. Daniela wracając ze sklepu często widywała znajomych, czasem krewnych, ale i nieznajomych także. Wypuściła Znajdę Kajtka na pole, kocur Kiciuś dostał porządną porcję skórek po kiełbasie i trochę karmy - za którą mniej przepadał. Tak ! Nów Niewidoczny ! Ale jak to pewna mądra księga mawiała - nowie dla Istot Wiary były czasem głębokiego relaksu. Daniela osiągnęła stan równowagi fizycznej i psychicznej. Jadała w piątki głównie mleko i kluski z serem bez cukru. Miesiączek bardzo oddziaływał na jej życie, podobnie jak Pełnie.

O tym, jak Daniela na swej drodze spotkała kogoś niezwykłego.

 Daniela w czasie studiów w Wielkim Mieście zajęta była głownie dwoma kierunkami studiów: filologią lessańską  - oraz studiami historycznymi. Wszelakie imprezy ją omijały. W weekendy wyruszała do Werowa, sto kilometrów od swej Alma Mater. Tak, typem imprezowiczki jednak nie była. Uwielbiała książki. Przychodziły do niej różnymi drogami: a to poprzez sklepy stacjonarne, a to poprzez sklepy w raczkującym internecie. Daniela przeżywała wszystko razy dwa. Uczęszczała jeszcze do Aarona na "psychoanalizę" bez kozetki. Ale wszystkiego - nie mówiła. Nastał jednak pewien szczególny dzień. Jak wspomnieliśmy - Daniela była w terapii i z jej dobrodziejstw korzystała, ale zażywała tez leki na depresję. Ale Aaron nie chciał zdradzić swej diagnozy. Daniela miewała bowiem krótkotrwałe paranoje. Ale wróćmy do pewnego dnia, w zimnym - 1999 - ym roku. Pewnego dnia do jej drzwi zadzwonił kurier z książką o depresji. Daniela otwierając drzwi - oniemiała. Nigdy kogoś takiego nie widziała. Niebieskooki brunet, z długą brodą - przypominającą świętych widzianych w Kościołach. Szczupły i jej wzrostu. 

- Pani Daniela Werowska ? - zapytał.

- Tak to ja. 

- Mam dla Pani przesyłkę. Opłaciła pani przelewem na poczcie. Wymagany tylko podpis.

- Danieli zatrzęsły się ręce. Chwyciła formularz i go podpisała.

- Dziękuję Pani, miłego dnia !

- Miłego dnia i Panu życzę.

Po czym kurier kurtuazyjnie sam zamknął drzwi i się uśmiechnął.


Nie miał identyfikatora. Firma kurierska też nieznana. Daniela oniemiała. Przypominał kogoś. Przypominał ! Tak ! Ale sama nie wiedziała kogo. Był a raczej wyglądał jak jakaś postać z Biblii. Ze Starego Testamentu. 


A to był pewien Dobry Człowiek, który przez następny rok na przemian z innymi posłańcami rozmaitego kalibru przewijał się przez jej wielkomiejskie mieszkanie.

I Ten "Dobry Człowiek" - ten "Anioł" jak określiła go Daniela, wywrócił jej życie do góry nogami . A pewnego dnia stanął z książkami w jej domu i mrugnął : "Tak ! Dasz radę!". I Daniela dała radę. Okupiła to ciężkimi jednak chwilami potem.

Nowie we Dworku na Wzgórzu.

 Daniela przebudziła się przed szóstą. Nalała mleka Kocurowi i wypuściła Znajdę Kajtka przed Dworek. Szybkim truchtem udała się do wioskowego sklepu po mleko i chleb. Główną arterią Werowa jechała cicho karetka. Dla Danieli Nowie Miesiączka były wielkim świętem. W czasie ich trwania nie robiła nic, poza spaniem. Nie dzwoniła do nikogo, nie sprzątała. Ale i tak zawsze miała świetnie wyczyszczony Dworek. Uwielbiała patrzeć przez przeciwsłoneczne okulary na eklipsę. Tego dnia , przed Nowiem - także ją widziała. Po powrocie ze sklepu Daniela zabrała się za podręcznik do nauki języków obcych oraz lekturę Noblistów. Nów był zawsze wielkim świętem.

Reminiscencje. Pracowity Piątek

 Daniela jak zawsze wstała wcześnie. Jak wspomnieliśmy - była rannym ptaszkiem. Miała bardzo dobrą pamięć, niemal fotograficzną. W piątki zwykle jadała mięso, a na deser szarlotkę. Wciąż przeżywała swoją samotną wyprawę na Cmentarz w Miasteczku, która miała miejsce dwa miesiące temu. Postanowiła wybrać  się samotnie spacerem. Nowe seicento odpoczywało. Do Cmentarza z Werowa miała raptem dwa kilometry. Ale zawsze na każde wyjście - musiała być przygotowana. Wyruszyła szybkim, żwawym krokiem. W pobliskim sklepie zakupiła znicze, zapalarkę i skierowała się do nekropolii. Zdążyła przed pogrzebem Nieznajomych. Kiedyś pisywała Cmentarne Nowele. Ale teraz, w środku lata odpoczywała. Na Cmentarzu zazwyczaj spotykała kogoś znajomego. Uzbrojona w wiadro, motykę i wodę do mycia nagrobków - poszła w górę Grzebalnika. Miała do oczyszczenia trzy groby: siostry ś.p. Babci Heleny - ofiary obozu w Dachau - oraz grób prababki i pradziadka. Nie była tutaj dwa miesiące ! Spędziła na Cmentarzu blisko dwie godziny. Po uprzątnięciu grobowców i po krótkich modlitwach udała się z powrotem do Werowa, do Dworku na Wzgórzu. Kocur wygrzewał się na tarasie, zaś Kajtek Znajda biegał po okolicy. Sprawdziła ceglastą komórkę - było jedno połączenie od Mamy Iggi. Daniela zaraz oddzwoniła.

- Gdzie byłaś Córeczko? Niepokoiłam się ! Dzwonię i dzwonię. I pamiętam czasy, gdy z jednej ulicy łatwiej było dodzwonić się do Paryża niż do Sąsiadów.

- Mamo, byłam na Cmentarzu. Wysprzątałam trzy grobowce. Aktywność fizyczną mam zalecaną.

- A nie skaleczyłaś się?

- Nie, nie, wszystko robiłam powoli.

- A co u Pani Porządnickiej?

 - Dałam jej wolne. Dworek lśni w piątki zawsze tak, że można jeść z podłogi.

- A jak zdrowie? Fizyczne i mentalne?

- Terapię zerwałam, zaś fizycznie czuję się jak nowonarodzona boginka.

- To dobrze. A praca w Mieście Wapieni?

- Rzuciłam. Będę jednak utrzymywać się z pisania. Być może z renowacji nagrobków.

To dobrze. My, tutaj - za Wielką Wodą martwimy się o Ciebie. Dalsza krewna wciąż się za Ciebie modli.

- Tak, ale ja jestem kalwinistką. Chrześcijanką Reformowaną. Noszę ten medalik od Ciebie, który ma chronić. Jest święcony.

- Masz przede wszystkim dbać o siebie. Mniej  kawy, więcej rozrywki. - Rzekła Igga.

- Kawy uwielbiam, ale lurowate.

 - To dobrze. Dbaj o siebie dziecinko, dbaj.

- Mamuś, muszę kończyć. Idę pod prysznic. 

- Dobrze Danielo. Pamiętaj - masz dbać o siebie. 

Daniela wracając z nekropolii piechotą natrafiała na same samochody dostawcze.

Piątkowe wieczory były dniem odpoczynku.

Z pamiętnika Danieli Werowskiej - 15.VIII 2000 roku.

 Czekam z utęsknieniem na zimę, na jesień. Z rannego ptaszka przeistoczyłam się w nocnego Marka. Schodziłam dziś ze strychu trzy razy na obchód wioski. Do głównej arterii, którą pędzą zazwyczaj karetki, radiowozy i wozy strażackie.Tęsknię za rodziną, która została za Wielką Wodą. Ojciec Stanley Werowsky - pilot samolotów. Mama Igga - wykładowczyni wyższej uczelni, za Oceanem Pani Domu. I Brat Sylwester - psycholog, pedagog, coach. Werów latem jest przepiękny, ale przepiękny jest też jesienią i zimą. Zdecydowałam się odejść z pracy w korporacji. We wrześniu odbieram wyniki badań. Kocham burze, i lurowate kawy. Piętnasty sierpnia dwutysięcznego roku. Podkreślam ten dzień. Strasznie się wszystkim denerwuję. Te diagnozy : guzki, nerwice, syndrom stresu pourazowego. Pani Czyściocha ma wolne - Ja dbam o dworek. Na piersi noszę medalik. Ale na tematy religijne rzadko się wypowiadam - wszak jako kalwinistka i wierząca jednak w predestynację - okazuję szacunek miejscowym zwyczajom. Kocham koty, te domowe, ale też bezpańskie psy. Wiem, jestem strasznie chaotyczna. Włosy mam mocne, zaś słabe zęby. Kompleksów jednak pozbyłam się niedawno. Piszę do szuflady. Wypatruję zawsze zmroku. Przez swoje teleskopy i lornetki z tarasu dworku wypatruję swymi krótkowzrocznymi oczami spadających gwiazd. Mamy deszczowy lipiec dwutysięcznego roku, ale po deszczowych dniach przychodzi mgła w dolinie i piękne, krystaliczne niebo. Interesuję się lokalną historią. Sama gotuję tu, w Werowie, sama piorę. Praca w korporacji wyniszczyła mnie nerwowo. Fakt - wszędzie podpadałam szefom. Wszędzie., Taka już moja natura. Nawet w szkole średniej mawiano, że wszystkich nauczycieli potrafię wyprowadzić z równowagi. Kotów i psów w Werowie Ci u nas dostatek. Na siedemnastego sierpnia dwutysięcznego roku zaplanowałam porządki w Domku w Dolinie. Chyba jednak wierzę w reinkarnację...

Daniela i Stanley.

 Daniela przebudziła się po północy. Sprawdziła czas i ceglastą komórkę. Postanowiła zadzwonić do ojca, Stanley'a. 

- Tato, śpisz? W Kraju Lessów jest druga nad ranem.

- Zapomniałaś Dziecinko, że Za Wielką Wodą jest jeszcze dzień.

- Ach tak, zapomniałam.

- Dlaczego nie śpisz?

 - Czytam, sprzątam, piszę.

- Daniela, kiedy zdecydujesz się na podróż za ocean?

- Tato, dobrze wiesz, że panicznie boję się latania.

- Wiem, wiem. My tutaj wszyscy martwimy się o Ciebie.

- Zupełnie niepotrzebnie. Wypiłam cały karton mleka, zaparzyłam mnóstwo herbat ziołowych i bezkofeinowych.

- A jak letnia kanikuła?

- Nie wracam do pracy w korporacji. Terapię zerwałam.

 - I bardzo dobrze Dziecino. Masz przede wszystkim dbać o siebie - i robić swoje.

- Tak, wiem robić swoje. Wiem, że mam wsparcie w rodzinie.

- Ale idź już spać. U nas jest jeszcze dzień, w Kraju Lessów głęboka noc.

- Dobrze Tatku, spróbuję przyłożyć głowę do poduszki.

- Dobrej Nocy Dziecinko.

- Dobrej Nocy Tatku.

 

Jednak Daniela tej nocy nie spała. Wypuściła Kajtka Znajdę przed Dworek, Kocur też  domagał się wyjścia. Był deszczowy lipiec dwutysięcznego roku. Stanley Werowsky - pilot boeingów - był dumny z córki, którą każdego dnia musiała stawiać czoła nowym wyzwaniom.



Piątki we Dworku na Wzgórzu.

 Mamy parny lecz też deszczowy i mglisty lipiec dwutysięcznego roku. W każdy piątek Daniela gruntownie sprzątała mieszkanie. Tak parter, jak i piętro oraz strych. Rano zawsze kupowała chleb mały krojony na skraju Werowa, papierosy oraz multum mleka. Zakrywała też Krucyfiks. Wszak była kalwinistką, lecz szanowała zwyczaje miejscowych. Pisała nadal swoje "Cmentarne Nowele". A piątki były zarezerwowane na picie w samotności sherry. (Autor niniejszego opowiadania wprawdzie nie pija już bardzo długo i nawet nie zna smaku sherry). Daniela Werowska miała tęgi łeb. Mawiano w kuluarach na studiach filologii lessańskiej i historycznych - że ma łeb nie od parady i że do prawa, ekonomii i medycyny by się nadawała. W piątki seicento odpoczywało. Kocur i znajda Kajtek wygrzewali się na ganku. A Daniela po kilku łykach wytrawnego trunku - blokady wszelakie i konflikty wewnętrzne jej puszczały. Wyciągała ceglastą komórkę i dzwoniła do Rodziny zza Wielkiej Wody oraz tej w Kraju Lessów i Kraju Wapieni. Pierwszy telefon - do ojca, Stanleya Werowskiego - pilota samolotów. Daniela panicznie bała się latania - zaliczyła w swym krótkim trzydziestoletnim życiu tylko jeden lot helikopterem - który to pamięta nieco traumatycznie. Ojciec odpoczywał . Kazał jej - jak zawsze dbać o siebie. Mama Iga niepokoiła się piciem przez Danielę w każdy piątek sherry. "Musisz dbać o siebie" - tak zawsze jej mawiała. Do brata rzadko zaś dzwoniła, jakiś cień nieufności pomiędzy nimi zostawał. Być może dlatego, że był psychologiem? I telefon do Elle - dzwoniły do siebie rzadko, lecz chyba to umacniało jej przyjaźń. Elle była prawdziwą powiernicą najskrytszych sekretów Danieli. Elle preferowała czystą wódkę. Rozmowy trwały całą noc. Kajtek Znajda i Kocur dzielnie bronili Dworku. Daniela niegdyś zajmowała się renowacją nagrobków. I o tym pisała swoją książkę. A po północy - gdy żołądek mówił "stop!" - udawała się na werowskie, piękne wioski, gdzie nie było smogu, lecz piękna mgła i Księżyc po Nowiu - obserwować lornetką spadające gwiazdy.

Daniela latem. Ciąg dalszy. Noc Perseidów.

 Daniela we środy zawsze z rana - a była rannym ptaszkiem - udawała się z Kajtkiem Znajdą i Kocurem na dłuższe poranne spacery. Pani Porządnicka miała wolne. Dworek lśnił czystością. Był parny rok dwutysięczny. W wioskowym sklepie zakupiła mały chleb krojony oraz mnóstwo mleka. Spotykała przy głównej arterii łączącej Werów ze światem zewnętrznym same obce rejestracje. Ceglasta komórka milczała. Miała wakacje i bezterminowy urlop. Nadszedł dla niej wielki dzień - Noc Perseidów. Zamykała wtedy szczelnie wszystkie okna we dworku i  wychodziła przed posesję ze swoją lornetką Celestron - i wypatrywała radiantu północnego - gwiazdozbioru Perseusza. Liczyła na obfite łowy. Nie znała wszystkich swoich sąsiadów. Ale główną arterią podążały często karetki, radiowozy i wozy strażackie. Ckliwie wspominała swą wielką przodkinię - Adelajdę Pent, która w kontrreformacyjnym zamęcie uciekła daleko na południe Europy. Daniela latem nie najlepiej funkcjonowała. Nie zasłaniała jednak żadnych okien. Z przyjemnością obserwowała trajektorie samolotów - a tych było coraz więcej nad wioską. Ale nadeszła Noc Perseidów Anno Domini 2000. Wyczekiwana noc. "Noc Powstających z Grobu". Obserwacjom astronomicznym towarzyszył Kajtek i Kocur. Z każdą kolejną godziną na północnym niebie skrzyło się od spadających gwiazd. Daniela miała dwa atlasy nieba. Jeden zakupiony jeszcze w Wielkim Mieście na studiach, a drugi w sąsiednim Miasteczku. Komary nawet nie gryzły. Po obserwacji całonocnej Daniela udała się ze swymi zwierzęcymi towarzyszami do dworku i zasnęła snem Sprawiedliwych.

Przygotowania do Pełni Księżyca we Dworku na Wzgórzu.

Daniela była rannym ptaszkiem. Obudziła się w dniu przed Pełnią Księżyca o godzinie 5.25. Nalała kocurowi mleka, wypuściła Kajtka Znajdę i wsiadła do seicenta. Samochód zaparkowała pod Cmentarzem. A następnie szybkim krokiem wyruszyła do centrum Miasteczka. Miała na szyi medalik z Matką Boską - podarowany przez rodzinę zza Wielkiej Wody rok temu, na Boże Narodzenie. Nie było jej raptem poza domem kilkadziesiąt minut. Napotykała samych nieznajomych - a to rowerzystę z wąsem, a to jakichś brodaczy w okularach przeciwsłonecznych, prowadzących swe samochody spokojnie. Wszak była Niedziela. Dworek był wysprzątany. Daniela pospiesznie wróciła do samochodu i odjechała w stronę dworku. Otworzyła okna i wzięła lodowaty prysznic. Zbliżała się Pełnia Księżyca w znaku Wodnika - czas głębokiej regeneracji sił. Dworek jak wspomnieliśmy lśnił czystością. W Niedziele Daniela jadała zwykle zupę pomidorową. Chudła z jedzenia. Ceglasta komórka milczała. A niedziele były już zarezerwowane dla lektury dzieł historycznych lessańskich noblistów  i historyków. Był parny i deszczowy lipiec dwutysięcznego roku.

16 wierszy .

 Księga Nocy.  - tomik poezji. Kres Nocy. Nie wszystko dla nas stracone. Szukamy szczęścia w łyku wina. Rośliny nad ranem są oszronion...